Blachownia w pierwszych miesiącach wojny

1 września minęła kolejna rocznica ataku Niemiec na Polskę. Jak wyglądało życie w naszym mieście w pierwszych miesiącach wojny, jak ciężkie były to czasy dla mieszkańców robotniczej Blachowni, można dowiedzieć się z jednego  fragmentu książki Zygmunta Ziółka „Od okopów do barykad” w rozdziale pt. „Gromadzenie broni”.

Zapraszam do przeczytania fragmentu książki, a wkrótce postaram się przedstawić kolejne fakty z II Wojny Światowej.

(…)Do Częstochowy dostałem się pociągiem. Pociągi kursowały punktualnie, chociaż wagony były przepełnione. Z Częstochowy do Blachowni, jakkolwiek dzieliło je tylko 16 kilometrów, dostać się niełatwo. Blachownia bowiem została włączona do Trzeciej Rzeszy. Granica pomiędzy Reichem a Generalną Gubernią przebiega przez Gnaszyn, 4 kilometry od Częstochowy. Nie mam żadnej przepustki, więc z dala obchodzę posterunek żandarmerii na szosie i znajomymi polami docieram do Blachowni. Huta jest nieczynna. W osadzie panuje bieda. Ale postawa moralna robotników jest imponująca. Wprawdzie we wrześniu dużo poszło z Blachowni na wojenną tułaczkę – ojciec mój dotarł aż do Sarn – ale obecnie w listopadzie wszyscy są już na miejscu. Ich marzenie to czynna walka z okupantem. Zbierają porzuconą lub zakopaną broń i potajemnie organizują się. Organizacja nie ma jeszcze żadnej nazwy. Wszyscy znają się dobrze, więc otwarcie mówią o tym, co robią. Spragnieni są wiadomości z Warszawy. Opowiadam, co sam wiem, co widziałem i słyszałem. Wierzą w siłę Francji i Anglii i liczą na oswobodzenie Polski już wiosną 1940 roku. Psioczą na okolicznych chłopów w Cisiu i Malicach, którzy korzystając z nadarzającej się okazji chcą się odkuć za wszystkie minione lata nędzy. Trudny to klimat sojuszu robotniczo-chłopskiego. Postawa robotników bliższa jest postawie inteligencji niż mieszkańców wsi.

W domu rodziców bieda aż piszczy. Dzielę się z rodzicami pieniędzmi. Na szczęście przedwojenna polska waluta jest jeszcze w obiegu na tym nowym terenie hitlerowskiej Rzeszy. Siostra Sabina chce się wziąć za handel wymienny. Zamierza kupować w magazynie huty garnki guzowe i emaliowane, nosić je na plecach do okolicznych wsi i tam wymieniać na chleb, mąkę, słoninę. Pierwszy wypad robi jeszcze przy mnie. Wprawdzie chłopi cenią swą żywność nadzwyczaj wysoko, garnki zaś niesłychanie nisko, lecz udało się siostrze dobić targu. Przyniosła do domu trochę mąki, kartofli i słoniny. Będzie co do ust włożyć. A może później będzie lepiej? Sabina marzy o dalszych wyprawach do Wręczycy, Kłobucka i Krzepic. Sądzi, że z dala od osady fabrycznej dostanie więcej za swoje garnki. Rodzice są również tego zdania. Matka twierdzi, że w czasie wojny tylko handel z wsią daje podstawę do przeżycia. Tak było w czasie pierwszej wojny. Podobnie będzie i teraz. Dowiaduję się, że inne rodziny robotnicze także wynoszą na wieś z domów, co mogą, by zamienić na żywność. Nie chce mi się kwestionować żywotności tego handlu. Przecież zima przed nimi. Jak długo można ogałacać mieszkania i z czego? Toć to przecież nie handel, lecz likwidacja własnego nędznego dorobku. Mimo ciężkiej sytuacji gospodarczej i życiowej schodzą się znajomi do ojca, aby więcej mówić o wojnie i o walce, niż o chlebie i słoninie. Atmosfera Blachowni podobna jest do klimatu Warszawy. Rozejrzawszy się jeszcze trochę po osadzie rodzinnej powróciłem do stolicy. (…)

Więcej wiadomości o sylwetce Zygmunta Ziółka można znaleźć tutaj.

Jeśli posiadacie jakieś informacje, zapiski, doumenty z czasów okupacji i II Wojny Światowej zapraszam do podzielenia się nimi.