Oszustwo na znachora w dawnych Łojkach

Już od kilku lat bardzo często dochodzi do oszustw tzw. metodą na wnuczka lub metodą na policjanta. Jeśli obserwujecie media lub używacie systemów powiadomień tj. RSO, nie trudno  zauważyć, że przestępcy coraz częściej wykorzystują naszą naiwność, a do takich incydentów dochodzi nawet kilka razy dziennie. Oszuści swoje akcje przygotowują bardzo dobrze, znają dane osobowe członków  rodziny, ich miejsca pracy czy nauki, podczas rozmowy telefonicznej z przestępcą słychać odgłosy akcji policyjnej, czy wypadku. Na tak sprawnie przeprowadzone akcje narażone są nie tylko osoby starsze. Także uważajcie!!

A dzisiaj krótka opowieść o tym, jak oszuści wykorzystywali naiwność ludzi na początku naszego wieku. Byli równie przebiegli, bezwzględni i nie przejmowali się nieszczęściem rodzin, a metody, jakimi się posługiwali były równie niespodziewane i zaskakujące, tak jak dzisiejsze oszustwa na wnuczka. Historię przebiegłego oszusta działającego w Łojkach opisuje Goniec Częstochowski z 13 listopada 1908 roku. Gazeta stara się zwrócić uwagę na nieodpowiedni stopień świadomości społeczeństwa i na nienależyte informowanie mieszkańców przez władzę o możliwych zagrożeniach ze strony przestępców.

Częstokroć spotykamy się z zdaniem ludzi, nie tylko rozsądnych ile patrzących idealnie na świat, że lud nasz nie jest znowu tak bardzo ciemny. Panowie ci powiadają, że to przesada twierdzić, iż w naszym prześwietnym rodzie Częstochowie są naprz. ludzie którzy nie jechali dotąd koleją żelazną, albo że nasz robociarz pada bezustannie ofiarą wydrwigroszów.

A przecież tak jest w istocie – bo posłuchajcie.

Rzecz się działa przed dwoma tygodniami w Łojkach. Mieszka tam rodzina górnika X., znana z swej uczciwości i pracowitości. To też dzięki tym zaletom zdołała sobie trochę grosza zaoszczędzić. Że jednak nie masz na świecie absolutnego szczęścia, – rodzinę poczciwego górnika prześladowała troska w postaci chorej jednej z jego córek. Nie pomagały porady lekarzy tutejszych i zagranicznych biedaczka chorzała, nie opuszczając łóżka. Aż jeden z „serdecznych” górnika powiedział mu co następuje:

– Nie martwcie się sąsiedzie, poślijcie po znachora, co sławę wielką ma na całą okolicę, on wam córkę uzdrowi.

Jakoż górnik posłuchał rady przyjaciela, i w pewien czas później, przy łóżku chorej siedział człek niemłody, niewyraźny, małomówny z oczkami lisimi – sławny znachor, tytułowany doktorem. Po „zbadaniu” powierzchownem chorej i paru pytaniach „pan doktor” oświadczył, że pragnie mówić.

Wnet się w izbie zrobiła wielka cisza, podczas której słychać było stękanie chorej i pijacki kaszel znachora, poczem „doktor” odezwał się w te słowa:

– Córka wasza uroczona jest, trzeba te uroki zdjąć z niej, a stało się to tak, że ktoś obok was przechodził i urok na dziewczynę rzucił…

Głośne, czatyrdahowskie: „ach” przerwało ciszę, obecni zrozumieli, że wielki człowiek trafił od razu w sedno rzeczy. Gdy się trochę uciszyło, znachor ciągnął dalej tajemniczym głosem:

– Kupcie wy dużego czarnego psa, przyprowadźcie do izby, przywiążcie do łóżka chorej, trzymajcie go tak „bez” tydzień. Potem przyjdę i będziemy dalej leczyli chorą.

Słowa mistrza obecni przyjęli z entuzjazmem. Zakropiwszy mądrość jego gorzałą i salcesonem odprowadzili znachora aż po próg izby poczem matka wybrała się do Częstochowy i złaziwszy się dzień cały, odnalazła czarnego psa, za którego zapłaciła rb. 5 w złocie poczem wróciła do Łojek. Tu wszystko zrobili, jak kazał znachor, który po tygodniu zapukał do izby górnika.

Zobaczywszy, że wszystko zrobiono według jego recepty, zabrał znów głos i znowu zrobiła się w izbie wielka cisza. On prawił:

– Weźta teraz, matko 32 ruble 6 papierków po 5 rb. I 2 srebrem i połóżcie se na dłoni. – przyczem śledził uważnie, dokąd kobiecina sięgnie po pieniądze. Ale górniczka „coś” podejrzewając poszła do sklepika i dopiero stamtąd wróciła z pieniędzmi.

– Dobrze, pochwalił znachor, a teraz bierzta psa czarnego i pieniążki i pójdziemy wszyscy na rozstajne drogi tam psa puściemy i złapie on tego nicponia, co na waszą córkę urok rzucił.

Kobieta, wziąwszy „dla odwagi” szwagra, pożegnawszy czule córę, ruszyła z psem i znachorem na rozstaje drogi. Ale tam pies zbereźnik uparł się i nie chciał szukać tego „od uroku”.

Nie stropił się tem znachor i powiada:

– He-he! A ja wiem czemu on nie przychodzi, to dlatego, że ty matka, masz w garści pieniądze, daj no mnie, to zaraz się znajdzie.

Gdy kobieta oddała znachorowi pieniądze – stała się rzecz niespodziewana. Oto w rękach jego mignęła lufa rewolweru, którym zacny doktór jął się bawić, poczem zaczął iść powoli w stronę lasu.

A górnicza rodzina patrzyła na odchodzącego, patrzyła wciąż, nawet wtedy, gdy już zniknął w ciemnościach. Nie trzeba chyba dodawać, że znachor drapnął za siódme rzeki i siódme góry. I że córka górnika nie wyzdrowiała…

Cóż, panowie idealiści, twierdzący, że lud nasz nie jest znów tak ciemny, bo wy im urządzacie zabawy z papierkami i każecie im grać teatry amatorskie?

To, coście tu wyczytali to nie fantazja literacka, to fakt prawdziwy; świadczący tragicznie o naszych stosunkach. A przecież żyjemy w czasach postępu, w czasach reform… w czasach pięknych utopii o uszczęśliwianiu ludzkości!

 

Ilustracja: Wikipedia