Cudownie ocaleni – historia krzyża w Wyrazowie

Kapliczka w Wyrazowie została wyremontowana. Jak wspomniałem we wcześniejszych wpisach, krzyż tam ustawiony ma ciekawą i piękną historię. Warto więc zadbać o to, by historia tamtych wydarzeń przetrwała w pamięci pokoleń i o to, by lokalne historie dotyczące naszej gminy i jej mieszkańców nie zostały zapomniane.

Historia ustawienia krzyża na Ściegnach została opisana w prasie sprzed ponad 50 lat, przetrwała w podaniach ustnych mieszkańców Wyrazowa i okolic, jak i w rodzinnych zapisach osób, które stawiały krzyż. Mimo że historia tych odległych wydarzeń jeszcze żywa, miała kilka niewiadomych. Przykładowo, ciężko było określić dokładną datę wydarzeń, często też słyszałem, że może to być tylko legenda.

Po kilku miesiącach poszukiwań i rozmów z mieszkańcami m.in. Gnaszyna czy też Blachowni nie udało mi się ustalić żadnych nowych faktów.  Dopiero jesienią tego roku, podczas poszukiwań na temat kopalni rud w okolicy, natrafiłem na gazetę Słowo1892 r., która opisuje cały wypadek bardzo szczegółowo i nie pozostawia złudzeń, że były to prawdziwe wydarzenia, a nie tylko legendy.

Z gazety dowiadujemy się, że 11 stycznia 1892 roku do szybu na gruntach wsi Łojki weszło dwóch górników do kopania rudy. Szyb miał głębokość ok. 17 metrów. Jeden z nich był ojcem siedmiorga dzieci, drugi miał zaledwie 17 lat. Ok. godziny 16  szyb się zawalił. Inni pracujący ocenili sytuację i stwierdzili, że ratunek nie jest możliwy, po czym rozeszli się do domów.

Ok. godziny 21.00 szanowany gospodarz o nazwisku Żyła poszedł na miejsce katastrofy, przyłożył ucho do ziemi i usłyszał głos, potrafił rozróżnić pojedyncze wyrazy. Zasypani prawdopodobnie zmawiali pacierz.

Szybko pobiegł do wsi i z pomocą Fajera, wójta gminy Grabówka, zebrali ok. 100 osób. Było ciemno, więc miejsce dookoła rozświetlało palące się drewno. Jak czytamy dalej w gazecie, praca była ciężka, a grunt był piaszczysty, co przyczyniło się do zawalenia szybu. Następnego dnia około południa kopiący znajdowali się ok. 2 metrów od zasypanych. Mogli już swobodnie rozmawiać. Z rozmów wynikało, że młodszy mężczyzna stoi po pas w wodzie, a starszy jest gnieciony przez dwie bele drewna na wysokości piersi. Na szczęście drewno używane do podpierania szybu ustawiło się w taki sposób, że górnicy uniknęli śmierci.

Niestety, podczas próby dotarcia bezpośrednio do poszkodowanych, ziemia zaczęła się osuwać, a prowizoryczne ściany zaczęły się chwiać, więc osoby niosące pomoc zasypanym górnikom wydostały się na powierzchnię, by ratować własne życie.

W tym miejscu pojawia się postać znanego księdza Bolesława Wróblewskiego, który brał udział m.in. w konsekracji kościoła w Blachowni. Ksiądz przebywał u chorego w Gnaszynie, a gdy dowiedział się o wypadku niezwłocznie udał się na miejsce tragedii. Zjechał na dół do zasypanych, aby dać im pociechę. Mężczyźni bardzo się ucieszyli, że mogą porozmawiać z księdzem i wyspowiadać się. Ksiądz został bezpiecznie wyciągnięty na powierzchnię. To wydarzenie i wystąpienie wójta Fajera przyczyniło się do wznowienia prac. Po kolejnych kilku godzinach udało się wydobyć zasypanych. Nie było to proste zadanie, starszy górnik musiał sam przeciąć piłą bal drewna, którym był przygnieciony.

Radość uratowanych była nie do opisania. Na drugi dzień wybrali się do kościoła św. Barbary, patronki górników, na nabożeństwo dziękczynne. Leżąc krzyżem, dziękowali Bogu za ocalenie.

Opisana w gazecie historia jest bliźniacza do tej, którą opisywałem w artykule Wyrazów: Historia krzyża na Ściegnach, jedynie zamiast Walerii pojawia się gospodarz Żyła. Dzięki artykułowi znamy dokładną datę, sposób odkopania poszkodowanych i inne szczegóły z tego felernego dnia. Teraz mamy pewność, że to wszystko wydarzyło się naprawdę i jest częścią historii Blachowni. Może warto upamiętnić tę historię i postawić przy krzyżu niewielką tablicę z historią samego krzyża i wydarzeń, które przyczyniły się do jego powstania. Historia też może być ciekawym sposobem na promocję gminy.

Zapraszam do przeczytania oryginalnego tekstu z gazety Słowo, nr 19 z dnia 26 Stycznia 1892 r. zamieszczonego poniżej (pisownia oryginalna):

Zawaleni w szybie
Częstochowa, d. 23 Stycznia.

Okolice Częstochowy są bogate nie tylko w kamień wapienny, ale i w rudę żelazną. Tę ostatnią kopią, miedzy innemi, we wsiach Łojki i Gnaszyn, o sześć wiorst od Częstochowy odległych. Znajduje się ona na gruntach włościan, którzy działki z rudą sprzedają po większej części żydom. Rzecz jasna, że wobec takich warunków, wydobywanie rudy nie może się odbywać się prawidłowo i że trafić się mogą często wypadki, niebezpieczeństwem grożące. Jeden taki wypadek postanowiłem przesłać do wiadomości czytelnikom „Słowa”.

Dnia 11 b. m. do szybu (28 łokci głęb.), znajdującego się na gruntach wsi Łojki, weszło dwóch ludzi, rzekomych górników, dla kopania rudy. Pierwszy był ojcem siedmiorga dzieci, a drugi parobeczek, lat 17 liczący. Niespodziewanie o god. 4-ej po południu szyb się zawalił. Powstał alarm nie do opisania. Gdy współpracownicy przywalonych przyjrzeli się dobrze miejscowości, jednoznacznie orzekli, że ratunek jest niemożebny, i że zawaleni z pewnością nie żyją.

Rozeszli się tedy do domów, ile, że nastał wieczór i czas spoczynku. Około god. 9-ej wieczorem, gospodarz z Łojek, powszechnie szanowany, nazwiskiem Żyła, tknięty przeczuciem, udał się na miejsce katastrofy, przyłożył ucho do ziemi i po chwili doszedł do przekonania, że obadwaj zawaleni pozostają przy życiu; słyszał bowiem ich głos, a nawet rozróżniał pojedyncze wyrazy. Najzupełniej mu się zdawało, że obadwaj mówią pacierz.

Pobiegł przeto do wsi, zwołał ludzi (około 100), co mu się łatwo udało przy pomocy czynnego wójta gminy Grabówka, Fajera. Następnie wszyscy, przy wielkim oświetleniu z drzewa palonego, poczęli odkopywać ziemię. Ciężka to była i trudna, oraz niebezpieczna robota, bo grunt był piaszczysty, czem się tłumaczy zawalenie się szybu. Kopali noc całą, aż do godziny 2-ej po południu dnia następnego. Około południa dostali się już tak głęboko, że ledwo może na cztery łokcie dzieliło ich od zawalonych. Mogli już z nimi rozmawiać. Dowiedzieli się, że młodszy jest w wodzie po pas, a starszy w pozycji stojącej, między dwiema belkami, z których jedna tłoczyła jego piersi: obadwaj ocaleli, z powodu, że szyb nie był do dna zasypany. Drzewo, używane do podpierania szybu tak się ułożyło, że nad zawalonymi utworzyło dach, na którym zatrzymała się ziemia.

Za najmniejszem atoli poruszeniem mogłoby wszystko runąć i nie tylko dobić tych, co już byli zawaleni, ale i wszystkich na wierzchu pracujących. Tych przeto ostatnich ogarnęła panika. Spostrzegli też jeszcze obok tego, że ziemia usuwać, rusztowanie, a raczej urządzenie prowizorycznych ścian w wykopanym przez nich szerokim i głębokim dole, chwiać się poczyna. Ratując się, wybiegli wszyscy na wierzch, proszeni nawet przez zawalonych, by własne ratowali życie.

Dopiero energiczne wystąpienie wójta Fajera położyło koniec trwodze i wahaniom. Niemałym też bodźcem w tej mierze był gorliwy i kochany przez ogół parafian kapłan, ks. Bolesław Wróblewski, pierwszy wikaryusz parafii św. Barbary, do której obie, wyż rzeczone wsie należą. Był on wtedy u chorego w Gnaszynie. Dowiedziawszy się o tem, co zaszło, pobiegł czemprędzej do miejsca nieszczęścia, polecił, by go spuszczono na dół, ażeby przynajmniej ostatnią religijną mógł dać pociechę tym, co mieli być żywcem zasypani. Rozrzewniająca nastała scena. Radość nieszczęśliwych, pod ziemią będących, że mają przy sobie kapłana, przeszła wszelkie granice. Skoro tylko ks. Wróblewski wysłuchał spowiedzi św. przywalonych i został wyciągnięty na wierzch, robotnicy widząc, że kapłan wrócił bez szwanku, spuścili się na dół, by dzieła dokończyć.

Widokówka przedstawia kościół św. Barbary w Częstochowie w 1893 r.

Po paru godzinach siłą wydobyto zawalonych. Zwłaszcza jednego, starszego wiekiem, z wielką trudnością można było wydostać. Musiano mu dać piłkę, którą przerznął bal, gniotący jego piersi. Bez tego ratunek był niemożebny. Co się działa z ocalonymi, opisać niepodobna. Śmiech i łzy mieszały się na przemian. Nigdy się oni nie spodziewali, by mogli żyć jeszcze. To też widząc w tem wyraźny cud Boski, następnego dnia oni i mieszkańcy obydwóch pomnianych wiosek podążyli do kościoła św. Barbary, patronki górników, na dziękczynne nabożeństwo. Leżąc krzyżem, piersią, przepełnioną głośnem łkaniem, dziękowali Panu Bogu za cudowne ocalenie. L.